Translate

7 listopada 2015

Rozdział 7 Gra, złość i ponowne spotkanie

Rozdział 7 Gra, złość i ponowne spotkanie
Po zakupach zrobionych specjalnie na ale zieloną noc, Ana i Marcel wracali do hotelu.
-O której wracają wszyscy dzisiaj?
-Z tego co zapamiętałam patrząc na grafik Dominiki, wracają na kolacje.
-Wow to chodzimy teraz w szamać może obiad, bo w Hotelu nie mamy wykupionego.
Ruszyli w stronę fast foodu i zamówili sobie frytki, cole i burgery na wynos, (mniam). Znaleźli jakiś park i zaczęli jeść na świeżym powietrzy, było nawet dobrze, ale trochę się Anie zaczynało nudzić.
-Co będziemy robić do ich powrotu?
-Dobre pytanie.
Z oddali zbliżała się do nich grupa dresów, nie zwracali na nich zbytnio uwagi, dopóki jeden z nich nie rozpoznał Any.
-Piękna, a ja cię szukam po całym mieście, czemu zniknęłaś wczoraj.
-Sorry, ale nie chciałam patrzeć jak bije cię dziewczyna, Źrebak.
-Wpadniesz dzisiaj?
-Nie, ale co robicie teraz, bo mamy wolne popołudnie?-Rzuciła oczami na leniwca siedzącego na ławce.
-U stary, spóźniłeś się, twoja lasęcja ma już chłopaka.- Zygfryd zaczął się z niego cicho śmiać.
-To twój chłopak?- Zapytał zawstydzony Źrebak.
-Ten dureń, moim chłopakiem, nigdy w życiu.-Na te słowa wyrósł mu banan na twarzy.
-No to chodzicie z nami, idziemy pograć w kosza ulicznego.
-No to super, ja jestem z tobą w drużynie.-Marcel parsknął śmiechem.
-I tak przegrasz, nie jesteś najlepsza w kosza.- Pokazała mu język.
-Jeśli nie chcesz to nie musisz z nami iść.
-Idę, chce popatrzeć jak się zbłaźnisz.
-Ej brachu, nie jeździj tak po pięknej.-Krzyknął ktoś z dresiarzy.
-Nie przejmujcie się tym ułomnym dzieckiem, chodzimy pograć.
-No brawo, w końcu masz fanklub.-Po tych słowach zmilkł i szedł na samym końcu patrząc gdzie idziemy. 
Trafili na boisko do kosza, które wyglądał na taki wyjęte z filmu. Beton zamiast parkietu, stalowe surowe kosze i siatka ogradzająca cały teren. Dobrała się do nich jeszcze jedna para, był to Zygfryd ze swoją dziewczyną Kilerem i zaczął się mecz dwóch na dwóch. Ana z Źrebakiem wygrali całe to spotkanie w mgnieniu oka, bo Kiler przykleiła się do Zygfryda i powiedział że nie wypuści swojego słoneczka.
-Ale wygrana, gdyby nie ta zakochana para przegrałabyś z kretesem.
-Tak no to dawaj ty z Bananem kontra ja z Źrebakiem.
-No dobra szybko się to skończy.
Zaczęli grę, Źrebak krył Banana, bo wiedział co może zrobić, a Matsuo wysłał do paszczy lwa, chciała zabrać mu piłkę, a on odkręcił się i rzucił czysto z linii rzutów osobistych. Zaczęli z pod kosza podała do Źrebaka, a on też trafił czysto i tak rzucali cały czas aż w końcu jej drużyna wygrała i zaczęła się obściskiwać z  Źrebakiem tak gwałtownie, dogłębnie że aż zabrakło jej tchu.
-Sorry że przeszkadzam Romeo i Juli, ale Julia musi wrócić ze mną na kolacje, bo inaczej będziemy mieli przechlapane.
-Ale z ciebie ponury gości myślałem że jesteś zabawniejszy.
-Ja nie zadaje się z prostakami.-Jak zwykle się wywyższał.
Pac! Dostał jak zwykle za swoje.
- Ogarnij się to że twóji rodzice mają kupę szmalu, to nie oznacza że możesz się tak zachowywać.
Nowi znajomi zrobili duże oczy.
-Nie przejmujcie się tym nadzianym dzieciakiem, on jeśli chce to zamawia sobie profesjonalne dziwki.
-Czyli ty też się do nich zaliczasz.- Szepnął jej to do ucha, tak że zrobiła się czerwona.
-Nie ważne, muszę spadać.- Ucałowała mocno Źrebaka.- Spotkajmy się dziś o tej samej porze co wczoraj.
Zabrała Marcela za ucho i ruszyli w stronę Hotelu.
-Wiesz że właśnie pokazałaś że wczoraj się z nimi spotkałaś?
-Cicho bądź, po co wystrzeliłeś z tym co mi powiedziałeś na ucho?
-Bo chciałem spytać czy mógłbym u ciebie wykupić usługi na długie wieczory.
-Jasne że nie, to był jedno razowy incydent i się nie przyzwyczajaj.
-A myślałem.
-To nie myśl, bo ci nie wychodzi Kagahi.
Po tych słowach nie odezwał się do niej już ani słowem.
W hotelu czekali jeszcze na wycieczkę, która wraca z zwiedzania Shimo. Czas cały czas się dłuży i jeszcze wydłużał. W końcu w drzwiach zobaczyli cały tłum wygłodniałych wilków.
-O i jak wasza rozmowa z Pedagogiem?-Spytała ciekaw Dominika.
-Zapytaj Pani Pedagog, bo to chyba on potrzebuje teraz pomocy Psychiatry.
-Co wy rzęście jej zrobili.-Przestraszyła się.
-My nic, jeszcze nic.
-Głąbie, przymknij się. Pani stwierdziła że jesteśmy nie normalni i postanowiła się trzymać od nas z daleka.
-Wy naprawdę powinniście trafić do oddziału zamkniętego.
-E byłem tam, wyrzucili mnie pierwszego dnia.-Wtrącił się Marcel.
-Nie kłam byłam tam z tobą i strażnik sam otworzył nam drzwi żebyśmy wyszli, oczywiście było to strasznie dawno.
-Nie było tego w waszych aktach.
-Wiemy, my sobie żarty stroimy.-Zaśmiała się przez chwile.-A teraz na poważnie to prawda.
Dominika zamarła w bezruchu, bo nie umiała stwierdzić czy mówi prawdę.
-Hej i coś ty jej zrobiła.
-No co tylko koloryzowałam, to ludzie nie znają się na aluzjach.
Widocznie się otrząsnęła po tych słowach, lecz nic więcej nie powiedział. W tedy Ana zauważyła Virginię i rzuciła się jej na szyje by odstawić następną szopkę.
-Gdzieś ty była?-Ucałowała ją po policzkach.- Czemu zniknęłaś?
-Zajmowałam się drugą klasą.-Zdziwiła się na jej widok i oto właśnie chodziło.
-Zaskoczona?
-Bardzo.- Wtedy zerknęła na jej oczy i zauważyła w nich pustkę.
-Co tam się działo, opowiadaj?-Jadła jej już z ręki, tak jak wszyscy którzy poddają się pod apatią, jedynie na ciołka to nie działało.
-Połaziliśmy tylko po skoczniach, zwiedziliśmy jakieś muzeum i połaziliśmy po górach.
-E same nudy.-Wypuściła ją z uścisku.
Marcel przyłączył się do szopki i wciągnął w to Wojtka, który częściowo mu się opierał.
-Jak ci się podobało?-Zaczął szargać jego włosy.
-Nudy jak to stwierdziła Ana.-Wiedział jak się ich zbyć, w końcu znał się z Marcelem od małego.
-Wiesz że miałem ci się odpłacić za butelkę.
-Myślałem, że ujdzie mi ten jeden raz na sucho.
-I tak się z tobą policzę.-Puścił go.
Wszyscy zamarli, bo nie wiedzieli że byli też największymi chuliganami w szkole i nie było osoby, która by o nich nie słyszała w gimbazie, nazywali ich wtedy szatańskie anioły, choć nie do końca wiadomo, dlaczego anioły zazwyczaj tylko psocili.
Zeszli do kuchni i szybko coś zjedli, a nie wiadomo skąd pojawił się Wojtek i wyciągnął ją na chwile, tłumacząc się że chce pogadać.
-Co się stało?- Spytała z pustką w głowie.
-Nic, już jest noc, więc uważaj na siebie i pamiętaj że musisz się jakoś kryć.-Poczochrał mi włosy i wrócił do sali, a ona za nim z  rozmyślaniami o co mu chodziło.
-Głąbie nie umiesz jeść.-Parsknęła do Marcelka.
-Umiem, mam lepszą etykietę od twojej.
-Oj, nadziany synek mamusi zna etykietę.
Wszyscy zaczęli się dziwić, bo przed chwilą współpracowali, a teraz rzucają w siebie błotem, a raczej jedzeniem.
-A masz.- Dostał ciastkiem z kremem w twarz.
-Ah tak.-Rzucił we nią naleśnikiem i tak skończyli po bitwie na jedzenie u ich wychowawcy na Dywaniku.
-Achh. I co ja mam z wami zrobić. Takie duże dzieci, a nie potrafią się zachować.- Widać było u niego na twarzy zażenowanie naszym zachowaniem.
-Przepraszamy trochę nas poniosło.
-Poniosło to chyba ciebie. Normalni ludzie nie rzucają w siebie jedzeniem.
-Ah tak ciekawe czyja to wina że ja też jestem cała w jedzeniu?
-Przestańcie wreszcie, ile można.-Podniosł głos.-Jeden dzień możecie być cicho?
-Raczej to nie możliwe działamy na siebie jak płachta na byka.
-Nie rozumiem, co wy wyprawiacie?
-Jak to co wyprawiamy? Przecież jesteśmy na wyjeździe integracyjnym.
-Nie oto panu chodzi, debilu.
-Anecia nie wkurzaj mnie!
-Marcelusiu nie przeginaj!
-Cicho być. Rozmowę dokończymy jutro rana, a teraz zmykać mi do pokojów. 
Oni jednak zamiast się rozejść, poszli się przewietrzyć.