Translate

27 lutego 2016

Rozdział 24 Za kurtyną

Rozdział 24 Za kurtyną
-Co ty wyprawiasz, nie możesz po jednej kłótni dać się tak łatwo złapać Afrodycie.- Nie wypuszczał jej z objęć.- Mogła cie doszczętnie zniszczyć manipulując twoimi uczuciami.- Ściskał ją najmocniej jak potrafił mimo że poznali się nie dawno przed palącym się kościołem.
-Wiesz że my też możemy manipulować czyimiś uczuciami?
-Nie mów takich rzeczy.-Ściskał ją, nie chcąc by odeszła.- Nigdy bym czegoś takiego nie zrobił.-Przed Aną zalśniła biała postać.
-Może ty nigdy byś tego nie zrobił, ale spóźniłeś się, Afrodyta miała ze mnie przedni ubaw, gdy rzucała na mnie zaklęcie przeklętej miłości.-Mówiła przypatrując się tulącej parze. Aż po chwili Ana została z białą postacią.
-Czemu dałaś się złapać?
-Ja, raczej ty, a dokładniej mówiąc winne za to ponosi ród ognia, który prawie zabiłaś.
-Kim ty w ogóle jesteś?
-Hahaha. Naprawdę brakuje ci oleju w głowie. Skoro ja to ty, a ty to ty, to kim ja jestem? 
-Mną. 
-Brawo choć trochę ci to zajęło.- Gdy Ana rozmawiała ze sobą pojawiła się Luna.
-Ana to naprawdę ty?- Patrzył a z niedowierzaniem na białą postać.
- Luna jak tam Ci się układa z Wojtkiem? 
-Przeszliśmy do stałego związku choć długo to trwało, ale było warto , a no i dziękuję ci ze nas wspierała i kryłaś.
- To był mój obowiązek , wiec nie masz za co mi dziękować. 
- Widzę że wasze spotkanie przywołuje wspomnienia, ale...- Ana znowu przeniosła się do małego domku, gdzie Marcel już na nią czekał.
- Znowu pakuje się w tarapaty.-Westchnął ciężko wpatrując się w ukochaną.
-Wiem, że obiecałam nie kontaktować się z moją rodziną, ale doszły mnie słuchy o śmierć mojej ciotki, która zawsze kryła mnie przed ojcem i nie mogłam nie pójść na jej pogrzeb.-Błądziła wzrokiem, aby nie spojrzeć mu w oczy, lecz jego wzrok i tak ją do sięgnął , podszedł do niej powoli obejmując ja w ramionach.
-Nie potrafisz kłamać, a twoja nieudolne próba uciekania wzrokiem tym bardziej cię zdradza.-Trzymał ją w ramionach, lecz ona próbowała odsunąć go jak najdalej.- Powiesz mi co cie tak naprawdę trapi?- Popatrzyła na niego szukając podstępu, ale nic na to nie wskazywało.
- Doszły mnie słuchy że ród ognia znowu chce mnie dopaść, wiec chciałam otrzymać jakieś dokładniejsze informacje, ale zamiast tego wywołałam istny chaos i już prawie doszczętnie wybiła ten ród, a została tylko trójka dzieci, którzy otrzymali schronienie.
- Wiesz ze to nie ty jesteś powodem ich nieszczęść, po prostu znalazłaś się w złym miejscu o złej porze. - Mówił starając się ją uspokoić.
- Ale to nie wszystko. Do walki przyłączyły się rody wody, lodu i błyskawic.- Marcel już nic nie mówił wiedział, że jeśli coś powie to może zachwiać jej psychikę, a wtedy to by miało odwrotny skutek.- Znowu chcieli mnie zabić.- Płakała szczerymi łzami.- Jakby ten świat nie mógłby być ekumeniczny!
-Wiesz że próba zjednoczenia, bez niszczenia jest trudna do osiągnięcia, bo musiałoby umrzeć jedno z nas.
-Jestem w stanie to zrobić.-Szybkim ruchem odsunęła się od niego.- A wspomnienia znowu się rozmył i znowu była z Luną i sobą.
-Te wspomnienia są jak krzyż dla Jezusa, ale tylko ty jesteś wstanie się podnieś po tysiącu upadków, a nie ja.- Mówiła biała postać.
-Ależ Anastazjo! To tobie udało się zjednoczyć tych wampirów, więc czemu tak mówisz?
-Oh moja ty droga Luno, mój czas już dawno dobiegł końca, ale przez Bachusa odebrał mi możliwość śmierci, dlatego chce cię prości o przeprowadzenie rytuału przywrócenia, w którym zabijesz mnie, ale ocalisz nowy świat.- Patrzyła na nią wzrokiem osamotnienia.
-Tak zrobię, ale obiecaj mi jedno opuścisz ją teraz.
-Zgoda.- Anastazja, czyli wcześniejsze wcielenie Any opuściło ją na zawsze, pozostawiając po sobie  pustkę.
-Teraz wszystko zależy od ciebie, czy przejdziesz przez tak zwaną drogę krzyżową, czy pogrążysz się doszczętnie i umrzesz.- Luna zniknęła, a Ana została w czarnej pustce.